Dramatyczne chwile rozegrały się w ubiegłym tygodniu w szpitalu przy ul. Limanowskiego w Żyrardowie. Jak udało nam się ustalić przebywający na oddziale wewnętrznym 50-letni mieszkaniec Żyrardowa miał opuścić szpital i czekał na wypis. Nagle jednak sam wyszedł z oddziału i zniknął bez śladu. Około północy pielęgniarka zauważyła, że nie ma go na sali. Powiadomiła policję. Ale poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Dopiero dwa dni później o godz. 16.45 personel zauważył zwłoki mężczyzny. Leżały na dachu łącznika budynków, w miejscu trudno dostępnym. Żeby je ściągnąć, trzeba było wezwać strażaków.
Ratownicy za pomocą specjalnych podnośników sprowadzili ciało na ziemię. - To się w głowie nie mieści, żeby w szpitalu dochodziło do takich sytuacji! - komentuje pan Jan, przerażony pacjent szpitala w Żyrardowie. Na razie nie wiadomo czy było to samobójstwo czy nieszczęśliwy wypadek. Prezes szpitala sugeruje tę drugą sytuację. - Oddalenie się pacjenta z oddziału jeszcze tego samego dnia zgłosiliśmy na policję. A pacjent najprawdopodobniej wychodził przez okno i niefortunnie spadł – mówi Jacek Sawicki, prezes Centrum Zdrowia Mazowsza Zachodniego. Prokuratura wszczęła śledztwo i będzie wyjaśniać, jak doszło do zdarzenia.