Kilkoro starszych, schorowanych pensjonariuszy Domu Wojskowego Emeryta zarzuca dyrekcji i pracownikom kradzieże, lekceważenie i poniżanie.
- Choć płacimy tu 60 procent emerytury, nie mamy nawet telewizji - mówi Mirosław Murzac (65 l.), który w DEW mieszka od trzech lat. - Lekarz, który tu pracuje, nawet nie bada chorych. Ludzie dzwonią i wzywają prywatne wizyty - opowiada.
I po chwilo dodaje: - Ludziom giną emerytury, leki. Cztery osoby popełniły samobójstwo. Ostatnio powiesiła się 84-letnia kobieta - mówi. Z kolei Mirosław Garczarek (83 l.) oskarża dyrekcję o zamachy na jego hobby.
- Kolekcjonuje różne rzeczy, a oni weszli do mojego pokoju pod pozorem sprzątania i zabrali mi kolekcję ceramiki, znaczków i kamieni - opowiada. - Mój kolega pół dnia leżał na podłodze, po tym jak upadł, i nikt do niego nie zajrzał - dodaje.
Dyrektor domu emeryta nie widzi problemu
Mieszkająca w DEW od 17 lat Krystyna Gągol (85 l.) twierdzi, że została oszukana. - Pięć lat temu złożyłam w depozycie 3443 zł, bo chciałam je bezpiecznie przechować. Poprosiłam o ich zwrot i usłyszałam, że tych pieniędzy nie dostanę - opowiada.
Dyrektor DEW Tadeusz Kurzyński pretensje pensjonariuszy kwituje krótko. - To starsi ludzie i jak to starsi ludzie, jeden narzeka na jedzenie, a inny, że go podtruwają. Tak samo jest w innych ośrodkach - mówi. Zapewnia, że zarządzające domem Ministerstwo Obrony Narodowej i departament spraw socjalnych regularnie kontrolują DEW.