Artur Barciś to jeden z najpopularniejszych aktorów. Nawet, gdy grywał epizody, nie sposób było go przeoczyć. Podziwialiśmy go w „Znachorze” i „Dekalogu”. A pokochaliśmy za „Miodowe lata” i „Ranczo”. Aktor cały czas jest rozchwytywany. Na finanse nie narzeka. Ale, gdy był dzieckiem jego rodzina ledwo wiązała koniec z końcem. „Pamiętam, że była bieda, że nie było nas stać na nic. Szczególnie na przednówku" – opowiada Barciś w swojej biografii „Aktor musi grać, by żyć”, która za miesiąc trafi do księgarń. To właśnie w niej opisał swoje trudne dzieciństwo.
„Pamiętam, kiedy mama kroiła korpiele. Korpiele, czyli brukiew, taki rodzaj warzywa jak buraki…” - wspomina. „Mama kroiła je i piekła nam na kuchennej blasze, jako podpłomyki. To nie było dobre, ale ja lubiłem przypieczone jedzenie. Zresztą jak człowiek jest głodny, to wszystko zje. Pamiętam taki widok: mama płacze i piecze nam na blasze te korpiele. Dlatego że po prostu już nic innego nie było w domu do zjedzenia. Mama, co prawda, się tego wypiera. Mówi: „Kartofle zawsze były”. Ale bywały takie zimy, że ziemniaki gniły. Chociaż nie pamiętam takiej sytuacji, żebym chodził głodny i zupełnie nie miał co jeść” - dodaje aktor.
Mięso u Barcisiów jadło się od święta.
"Zazwyczaj w niedziele. Na co dzień jakieś kopytka, placki ziemniaczane albo pyzy z omastą. Zwykle jakaś słonina była, żeby skwarki zrobić. Jajka, bo mieliśmy kury. Ale pamiętam też wodziankę, to taka zupa z niczego. Składała się z wody i paru kartofli, okraszonych tłuszczem ze skwarkami. Wodniste i trochę lurowate. Wspominam zalewajkę, która była najpyszniejszą zupą świata. chociaż najbardziej lubiłem rosół” - kończy Barciś.
Cezary Żak i Artur Barciś grali przyjaciół. Prawda o ich relacjach poza planem dla wielu będzie szokiem
Książka "Aktor musi grać, by żyć" ukaże się 13 października. Będzie to rozmowa aktora z Kamilą Drecką. Książka ukaże się nakładem Wydawnictwo Otwarte.