Do zbrodni w Miłoszycach doszło w sylwestra 1996 roku. Mimo wielu nieścisłości i zaniedbań, prokuratura zdecydowała się postawić zarzut gwałtu i morderstwa 15-letniej Małgorzaty, Tomaszowi Komendzie. Zrobiono tak mimo świadka, który mógł zeznawać, że sprawcą mogła być zupełnie inna osoba. - Jestem w stanie opisać człowieka, który szedł z ofiarą – zeznawała Zofia D. w śledztwie. Niestety do wyjaśnień kobiety przed sądem nie doszło, bo ta zaczęła być zastraszana. W kwietniu 1997 roku w jej domu pojawiło się dwóch mężczyzn, którzy podali się za policjantów. Po chwili wywieźli ją za miasto, gdzie zerwali z niej ubranie i usiłowali zgwałcić. Grozili także śmiercią. Tydzień później zabrali ją do mieszkania we Wrocławiu, w którym upoili ją alkoholem i bili po twarzy. Mimo powiadomienia prokuratury przez kobietę, sprawę umorzono.
Zastraszona kobieta zaczęła zmieniać zeznania i według prokuratury stała się niewiarygodna. Zofia D. obecnie jest schorowana, po przebytej traumie przeszła udar. Mimo 20 lat od tych wydarzeń, dalej boi się o swoje życie. - Ja coś wam powiem, a później mnie zabiją. Ci ludzie cały czas pilnują tej sprawy – powiedziała "Faktowi".
Po latach wyszedł na jaw także inny zastanawiający fakt. W mieszkaniu, w którym torturowano Zofię D., prawdopodobnie mieszkała Sylwia K. (42 l.), wrocławska prostytutka. - Jej partnerem był policjant-wywiadowca. To możliwe, że w tym domu rozegrał się ten dramat - wyznali znajomi kobiety.