Był rok 2006. Agnieszka i jej chłopak Damian świata poza sobą nie widzieli. Kochali się, chcieli być razem, ale w Polsce nie mieli perspektyw, więc ruszyli po szczęście do Irlandii.
- Cztery lata później urodził się nasz synek Julianek, więc się pobraliśmy. I właśnie zaraz po ślubie mąż zamienił się w tyrana - opowiada kobieta. Początkowo nie reagowała na jego zaczepki i wyzwiska. - Więc tym chętniej mnie poniżał, mówił, że jestem brzydka i bezwartościowa. I z każdym dniem właśnie taka się stawałam. Chciałam od niego odejść, jednak powstrzymywała mnie myśl, że synek zostanie bez ojca - dodaje.
Przez kolejne lata znosiła upokorzenia, aż w 2016 r. zebrała się na odwagę i wystąpiła o rozwód. - Bez orzekania o winie. Chciałam, żeby nawet po rozwodzie Damian był obecny w życiu naszego dziecka. Jednak on postanowił działać po swojemu. Zabrał Julianka i uciekł z nim do Polski. Ruszyłam ich śladem. Znalazłam synka u teściów, ale zatrzasnęli mi drzwi przed nosem. Pozostała mi droga sądowa...
Sprawa o uprowadzenie Julianka toczy się od 13 kwietnia i końca nie widać, choć - w myśl konwencji haskiej - powinna być traktowana priorytetowo. Mało tego, sąd nie potrafił nawet jednoznacznie stwierdzić, u kogo przez ten czas powinien przebywać Julianek. Najpierw przyznał go matce, a po odwołaniu ojca doszedł do wniosku, że dziecko nie powinno tak często zmieniać opiekuna! Skutek? Od 13 miesięcy Agnieszka Podolec nie widziała swojego synka, bo mąż uniemożliwia jej nakazane sądownie widzenia. - Już nie wiem, co mam robić. Z nerwów nie sypiam po nocach. Jestem wykończona - mówi kobieta.
A sąd? - Prawdą jest, że sprawa nie jest zakończona do tej pory, ale to wynik licznych wniosków składanych przez obie strony, które sąd musi rozpatrzeć. W międzyczasie wglądu do akt sprawy zażyczył sobie rzecznik praw dziecka, więc to dodatkowo wydłużyło proces - wyjaśniła nam Małgorzata Reizer, rzeczniczka Sądu Okręgowego w Przemyślu.
POLECAMY:
Mazowieckie. Tragedia na drodze, mężczyźni zginęli jadąc na ryby