Remigiusz Muś był technikiem pokładowy z załogi Jaka-40, który 10 kwietnia wylądował w Smoleńsku przed katastrofą rządowego samolotu. Chorąży przez radio informował załogę samolotu o pogarszających się warunkach pogodowych.
W wywiadzie udzielonym po katastrofie mówił, że kontroler z wieży Smoleńskiej zezwolił pilotom tupolewa na zejście do wysokości 50 metrów (ze stenogramu wynika, że zezwolił na zejście do 100 metrów).
Technik twierdził, że jeszcze będąc w kabinie JAKA-40 słyszał rozmowę kontrolera z pilotami i słyszał, że kontroler zezwolił na zejście do "wysokości decyzji" 50 m, na której załoga miała zdecydować, czy wyląduje.
Takie same polecenie od kontrolera otrzymała załoga JAKA-40 oraz rosyjskiego samolotu IŁA, który po nieudanej próbie odleciał na inne lotnisko.
W wywiadzie Muś potwierdzał, że polskie załogi wiedziały, iż na lotnisku w Smoleńsku obowiązuje 100 m jako wysokość decyzji. Określona jest ona w tzw. "karcie podejściowej".
Remigiusz Muś był bardzo ważnym świadkiem w śledztwie w sprawie katastrofy smoleńskiej. Zmarł nagle - około 23.30 (o tej porze żona znalazła jego zwłoki). Popełnił samobójstwo - powiesił się w piwnicy własnego domu w Warszawie na linie żeglarskiej. Policja wyklucza udział osób trzecich, w poniedziałek odbędzie się sekcja zwłok.