Pan Ryszard to szanowany przez sąsiadów człowiek, ojciec dobrze radzących sobie w życiu dzieci, właściciel pięknie ukwieconego ogródka i stada kaczek kiwających się po podwórku. Do niedawna pracował jako kierowca. Od śmierci żony nie może wysiedzieć w domu, ciągnie go do ludzi. Zdarzyło się, że kilka razy wracał na rowerze z pobliskiej Radecznicy po kilku piwach. I tak wpadł w ręce policji.
Dmuchnął w alkomat i wyszło 0,74 promila. Niewiele, ale takie jest prawo...
Żaden z niego groźny bandyta, więc został objęty programem elektronicznego dozoru. Na początku się cieszył. Do czasu, gdy zrozumiał, że stał się pierwszą w Polsce ofiarą Ministerstwa Sprawiedliwości. Nikt nie wziął pod uwagę, że pan Ryszard, by iść za potrzebą, musi wybrać się na spacer za oddaloną o 40 metrów stodołę, gdzie mieści się jego wychodek. Gdy wyjdzie z domu, włączy się alarm i posiedzenie w toalecie szybko zmieni się w dłuższe, bo aż 10-miesięczne posiedzenie w areszcie.
Trzeba przyznać - dramatyczny to wybór! - Boję się, że w końcu mnie zamkną, jak mi się przeciągnie za stodołą - mówi smutno Ryszard Głowala, który drży na samą myśl o rozstroju żołądka. Wprawdzie elektroniczny "klawisz" daje mu wolne codziennie między godziną 8 a 10 oraz po południu w godzinach 18 a 20, ale co się stanie, jak go przyszpili w nocy? Będzie musiał się wstrzymać do 28 października, bo wtedy kończy mu się kara.