Martwą Agnieszkę L. znaleźli zupełnie przypadkiem policjanci. Przyjechali do hotelu z powodu jej psa. Zostawiony sam w domu strasznie ujadał i pobudził sąsiadów, którzy zadzwonili na komendę i powiedzieli, że właścicielka hałaśliwego zwierzaka ma nocny dyżur. Po przekroczeniu progu hotelu mundurowi wprost zdębieli. Agnieszka L. leżała w kałuży krwi. Cięte głębokie rany po wewnętrznych stronach dłoni świadczą o tym, że desperacko się broniła. Chwytała ostrze, by chronić się przed ciosami.
To ślady krwi zaprowadziły policjantów do Mariusza B. (47 l.), męża kobiety. Z poderżniętym gardłem i podciętymi nadgarstkami leżał około 300 metrów od hotelu. Próbował popełnić samobójstwo, ale jeszcze oddychał. Udało się uratować mu życie. Przeszedł operację w szczecińskim szpitalu i utrzymywany jest w śpiączce farmakologicznej. - Dopiero kiedy lekarze pozwolą nam na przesłuchanie mężczyzny, postawione mu zostaną ewentualne zarzuty. Śledztwo trwa - mówi krótko Małgorzata Koczalewska, prokurator rejonowy w Świnoujściu.
Nieoficjalnie wiemy, że motywem zbrodni była zazdrość. - Znałam Agnieszkę od dziecka - mówi Grażyna Sławińska (58 l.). - Niedawno postawiła swojej zmarłej mamie nagrobek. Byłam z nią na cmentarzu i powiedziała wtedy, że kiedyś sama tu będzie leżeć. Kto by przypuszczał, że stanie się to tak szybko. Strasznie szkoda. Była dobrą kobietą, dobrą matką dwójki dzieci - dodaje.