- Dopiero badania laboratoryjne będą mogły być podstawą do twierdzenia o istnieniu bądź nieistnieniu śladów materiałów wybuchowych na wraku Tu-154M - mówił we wtorek na specjalnie zwołanej konferencji prasowej płk Ireneusz Szeląg. I jak podkreślał, wyniki takich ekspertyz mogą być znane dopiero za pół roku. Sęk w tym, że szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie nie wspomniał, że zebrane przez śledczych w Smoleńsku fragmenty samolotu nie trafiły jeszcze do Polski i ciągle znajdują się na terenie Rosji. Jak to możliwe? Okazuje się, że specjaliści Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego oraz Centralnego Biura Śledczego, którzy badali wrak, dokonali tylko wstępnej selekcji próbek. One same mają trafić do kraju dopiero po tym, jak Rosjanie odpowiedzą na tzw. wniosek o pomoc prawną. I choć, jak informuje "Rzeczpospolita", umówiono się, że prokuratorzy mają się po nie udać do Moskwy grudniu, to tak naprawdę nie wiadomo, czy termin ten zostanie dotrzymany. Bowiem inne wnioski o pomoc prawną, mimo że wystosowane miesiące temu, do tej pory nie doczekały się realizacji. Chodzi tu m.in. o przekazanie stronie polskiej wraku tupolewa, broni funkcjonariuszy BOR czy telefonów należących do generałów, którzy zginęli w katastrofie.
Czy istnieje więc możliwość, że ktoś może próbować zmanipulować zebrane przez śledczych próbki? Jak wynika z informacji rmf fm prokuratura wyklucza taką możliwość i zapewnia, że są one zabezpieczone plombami oraz pieczęciami. A badaniami na obecność materiałów wybuchowych zajmą się polscy specjaliści po ich powrocie do kraju.
Politycy PiS nie kryją jednak swoich wątpliwości. - Ta sytuacja świadczy o ogromnej nieudolności lub chęci mataczenia. Trudno się oprzeć wrażeniu, że jest wynikiem strategii naszego rządu, który już od samego początku skazał nas na łaskę lub niełaskę Rosjan i po prostu nie chce wyjaśnić tej sprawy - mówi Marek Suski (54 l.)