Niebezpieczne zdarzenie miało miejsce w środowy poranek, gdy to ratownicy kończyli swoją rozgrzewkę przed rozpoczęciem dyżuru. Widząc, że dziewczynki wpadają do dołu przy drewnianym falochronie ruszyli z interwencją i uratowali je. Okazało się, że dzieci były niepilnowane przez swoich opiekunów, gdyż ci zajęci byli rozkładaniem parawanów. Piotr Wasilewski, szef ratowników w Ustce w rozmowie z Wirtualną Polską z goryczą wspominał: - Na dzieci już nie patrzyli. To nagminne zachowanie. Niestety, mimo ostatnich dramatycznych przypadków utonięć i apeli w mediach, ludzie niczego się nie nauczyli.
Jak dodał Wasilewski tamtejsi ratownicy wielokrotnie już apelowali o rozwagę do plażowiczów, zaznaczając że przy falochronach jest znacznie głębiej, a dno opada raptownie. To sprawiło, że mając na uwadze ostatnie wydarzenia i tegoroczną rekordową liczbę utonięć, ratownicy postanowili nie bawić się już w kurtuazję i bardzo głośno zwaracają uwagi osobom postępującym niewłaściwie. Jak tłumaczył: - Jeśli chodzi o dzieci przestaliśmy mieć skrupuły. Sięgamy za każdym razem za megafon i staramy się mówić dosadnie i głośno tak, aby inni też zwrócili uwagę na przykład nieodpowiedzialności. Musimy jakoś wstrząsnąć ludźmi. Nasze uwagi przez megafon słyszy nie tylko rodzic. Wstaje też "pół plaży", żeby zobaczyć, co się dzieje. Dopiero wtedy ojciec - czerwony już ze wstydu - zdaje sobie sprawę, że chodzi o jego dziecko i zaniedbanie, którego się dopuścił.