Choć w poszukiwania Michała Rosiaka zaangażowały się setki osób, to wciąż śledczy przyznają, że sprawa nie ruszyła specjalnie z miejsca. Zajmujący się sprawą prywatny detektyw (Bartosz Weremczuk) informował, że z trzech kolegów, którzy byli feralnego wieczoru z zaginionym w klubie, jedynie jeden zgodził się na badanie wariografem. Mimo to funkcjonariusze zajmujący się tą sprawą są przekonani, że nie mają oni nic wspólnego z zagadkowym zaginięciem Rosiaka. Co więcej, według ustaleń "GW" policja za najbardziej prawdopodobną hipotezę przyjmuje to, że chłopak wpadł po prostu do Warty i utonął (przystanek, na którym go po raz ostatni widziano, znajduje się kilkadziesiąt metrów od brzegu).
Jak zdradzić miała jedna z osób znających szczegóły śledztwa:
Gdyby Michał nie wypił tyle alkoholu, może nie pomyliłby adresu w nawigacji. Gdyby nie wydał ostatnich pieniędzy na tancerkę w nocnym klubie, może wróciłby do domu taksówką. To jest przykra i banalna prawda, ale głośno nikt o tym nie powie...
Przypomnijmy dotychczasowe ustalenia: 19-latek w nocy z 17 na 18 stycznia bawił się z kolegami w klubie ze striptizem. Tam wydał ostatnie 80 zł na prywatny taniec, po czym samotnie opuścił lokal. Choć wynajmował on mieszkanie na Ratajach, to na nagraniach z monitoringu widać, że idzie w przeciwnym kierunku. Prawdopodobnie korzystał z nawigacji, bo często spoglądał na ekran telefonu. Dotarł w okolice dworca autobusowego i kolejowego na Garbarach, gdzie o godz. 1:36 został nagrany przez kamerę nocnego autobusu (siedział na przystanku, ale nie wsiadł do autobusu). O godz. 2:41 z jego komórki wysłano zdjęcie w aplikacji Snapchat, ale była na nim tylko ciemna plama. Ok. 5 nad ranem telefon Michała znalazła przechodząca obok dworca kobieta. Leżał w kałuży wymiocin. Na tym trop po chłopaku się urywa.