Książę William, jak gdyby nigdy nic, wybrał się ze swoimi znajomymi do baru w mieście Newquay (Kornwalia), zamówił czternaście drinków (wszystkie po 1 funcie) i oddał się towarzyskim rozrywkom. Jednak, gdy książę bawił się w najlepsze, w tym samym klubie dwóch bandziorów dorwało przypadkową ofiarę i skatowało Dana O'Callaghana (19 l.). - Znajomi powiedzieli mi, że Will też się tutaj bawi. Chciałem zobaczyć, gdzie jest. Właśnie wtedy rzucili się na mnie - opowiada poobijany Dan. Nie wiadomo dlaczego napastnicy zaatakowali chłopaka, ale jedno jest pewne - nikt z książęcej świty (ochroniarze księcia również byli w klubie) nie zareagował na katowanie bezbronnego chłopca.
Wszystko działo się zaledwie kilka metrów od stolika, przy którym William siedział ze swoimi znajomymi. Dan dostał rozbitą butelką w głowę i tylko cud sprawił, że chłopak nie stracił wzroku. Na szczęście skończyło się na 25 szwach. - Mam ranę na pół twarzy i głęboką ranę w prawej dłoni - mówi Dan. - Te blizny pozostaną na zawsze - ubolewa zrozpaczony Brytyjczyk.
Anglicy są oburzeni postawą ks. Williama i pytają, czy ich przyszły król nie mógł rzucić się bitemu chłopcu na pomoc.